Tacy sami




Idę po omacku na przystanek, z głową zanurzoną we śnie i w deszczu. Byle tylko dotrzeć do pracy, byle dojechać i instynktownie ruszyć w stronę ekspresu do kawy. Oczy i uszy powierzchownie czytają rzeczywistość, samozachowawczo skanują przejeżdżające autobusy, bezwiednie śledzą zegarek. Bezmyślnie i bez sensu, bo gdyby ktoś spytał i tak nie wiem która godzina. 



Nagle moją prywatną dźwiękoprzestrzeń atakuje niespodziewany, choć znany dźwięk. Przeciągły gwizd. I już bez odwracania się wiem, że na drodze trwają prace remontowe, że Polska jak zwykle w budowie. Bo taki gwizd oznaczać może tylko jedno - zew godowy panów budowlańców, hydraulików, mechaników. Niepotrzebne skreślić.


Brać gwizdająca układała tym razem płyty chodnikowe. Panowie wszelakich gabarytów, spora rozpiętość wiekowa. Wnikliwa obserwacja rynku pracy każe mi przypuszczać, że nie brakowało tu też absolwentów turystyki i rekreacji, tudzież magistrów zarządzania Szkoły Wyższej Tego i Owego.

Teoretycznie różnili się od siebie, stwarzali jednak przerażające wrażenie jednakowości. Zlewali się w jedną, oślizgłą sumiasto-wąsiastą masę. I ta jedność, ta przynależność klasowa to była moc w czystej postaci, moc równie potężna jak zawiesista woń bijąca z ich ciał.

Gdy podobny osobnik nawiedza twoje mieszkanie, po „usłudze” mimowolnie wietrzysz mieszkanie i odczuwasz niejasną dumę, że udało Ci się ujść z życiem.

Mają własny język, specyficzne poczucie humoru i przytłaczającą aurę pseudo-erotyzmu. Wszyscy. Podobnie jak niemalże każdy Polak z dumą deklaruje podejrzliwość, zazdrość i włazidupstwo. A potem mimochodem wspomina o bitwie pod Wiedniem, sukcesach polskiego lotnictwa w czasach II wojny światowej i niskich emeryturach. Polactwo. Przynależność do grupy – rzecz święta.

Zespoły cech psychicznych i behawioralnych to norma dla wszystkich grup społecznych. Do niektórych grup należymy naturalnie – to nasza rasa, płeć, państwo i rodzina - z większym lub mniejszym współczynnikiem dziwności i patologii. Niektóre z grup wybieramy sami, bo stygmatyzuje nas nasza osobowość, talent lub wartości wyniesione z domu – to przyjaciele, po części środowisko edukacji, a potem również otoczenie zawodowe.

 

Im dłużej trwamy w grupie, tym bardziej upodabniamy się do siebie, szlifujemy swoje kanty i nierówności, bezbłędnie i szybko wchodzimy w role. Jeśli jesteśmy atrakcyjni dla grupy, z pewnością znajdziemy wiernych naśladowców. Narzucimy reszcie swój dresscode, dialekt i poziom energii życiowej.

I po jakimś czasie grupa staje się rozpoznawalna, odrębna, wyrabia swoją markę. Każdy bez zająknięcia wymieni 5 cech wyróżniających statystycznego polityka, nauczyciela, sportowca. 

Czy jednak zawsze mamy rację? 

Czy mówiąc o grupie, nie robimy krzywdy jednostkom? Czy szufladkujemy i grupujemy wyłącznie dla własnej wygody, z obawy przed wysiłkiem poznania drugiego człowieka?

Patrząc na problem z drugiej strony – dlaczego nie sprzeciwiamy się przenikaniu obcych cech do naszej osobowości, tylko po to by się podobać, przynależeć, fikcyjnie podrasować własne poczucie wartości? 



Czy nosząc te gigantyczne okulary w rogowych oprawkach i ciuchy wintydż, jesteś choć o krok bliżej do samopoznania? Czy podoba Ci się torba Louis Vuitton i szczerze pożądasz Iphona? Czy naprawdę lubisz clubing, współczesny pop, przygodny seks i prace w korporacji? A może po prostu boisz się odrzucenia, wyśmiania, stygmatyzacji, inności? 

Może czas najwyższy stłumić w sobie gwizd hydraulika, zastanowić się kim się staliśmy, dla kogo i po co. I wrócić tam skąd zaczynaliśmy – do czasów gdy metki, cyfry, moda i celebryci nie miały dla nas żadnej wartości.

 


Przypomnij sobie, kim chciałeś być będąc dzieckiem, co najbardziej lubiłeś robić. Jesteś teraz w zupełnie innym miejscu?


Wtedy mogłeś wszystko. Byłeś wolny. Więc Twoje marzenia nie były przypadkowe. Chcesz być szczęśliwy? Tak powinno wyglądać Twoje życie.


1 komentarz: