Tatuś all inclusive




W zeszłym roku, w trakcie wakacji, moją uwagę przykuł syndrom „tatuś all inclusive”. Ty też na pewno go znasz.



Tatuś to statystyczny polski mieszczanin - czasem z wąsem, zawsze z niewielkim brzuszkiem i skłonnością do łysienia. Jako typowy maharadża, pojawia się w restauracji hotelowej 3-5 metrów przed swoją wybranką, albowiem do jej stóp i ramion przytroczone są wrzeszczące „pociechy”. Na jego twarzy wyraźnie rysuje się jeden jedyny, szczytny cel – nakarmić siebie. Na twarzy małżonki natomiast, nieco pogniecionej i byle jak umalowanej, cel zgoła samobójczy – nakarmić dzieci.




Tatuś omiata wzrokiem suto zastawione stoły i drapieżnie chwyta talerz. Przyjął wyzwanie. Nie cofnie się przed niczym. Z niekłamanym zachwytem obserwuję jak zgrabnie lawiruje między stołami i półmiskami, bez lęku chwyta dymiące parówki i bezlitośnie rozrywa bagietkę.




W tym samym czasie matka toczy inną bitwę. Wznosi się na wyżyny dyplomacji, szantażuje, oferuje łapówki. Najpierw poligon treningowy – szwedzkie stoły, przy których odbywa się demonstracja dostępnych towarów i wstępne pertraktacje z kilkuletnim przeciwnikiem. Potem już realne pole walki – stół właściwy, przy którym już ulokował się objuczony zdobyczami tatuś. Wycieńczona uwłaczającymi negocjacjami matka zawsze siada z dziećmi – po tatusiowej stronie stołu nie ma już miejsca nawet na wykałaczkę.




Po doprowadzeniu młodocianych, matka znika na chwilę po swoje jedzenie. W biegu wrzuca na talerz kajzerkę i ser, bojaźliwie zezując w stronę rodzinnego stołu. Wracając mija czcigodnego małżonka, który właśnie wyruszył po pilną dokładkę zakazanych w domu wiktuałów (zazwyczaj smażonego boczku) i rzuca jej przez ramię pytanie, czy próbowała już wyjątkowej kompozycji orzechów włoskich i kandyzowanych ananasów z serem pleśniowym i kiełbasą na ciepło. Od rozwodu wybawia ich przytomna interwencja potomka, który magicznie zakrzywiając prawa fizyki, wylewa kakao na obrus, buty matki i swoje plecy.




Matka jednocześnie walczy z lepką cieczą i próbuje ulokować nieco pokarmu w gardzieli dziecka. Tatuś natomiast rozważa skomplikowane dylematy przy półmiskach – czy wziąć tylko 2 omlety i ryzykować, że ich potem zabraknie, czy od razu 4 i stracić miejsce na talerzu przeznaczone na różyczki z szynki i drożdżówkę z serem.




Przy rodzinnym stole tatuś oddaje się w pełni tylko jednej czynności – jedzeniu. Jego twarz nie wykazuje choćby śladu pomyślunku. Widać też, że nie docierają do niego żadne bodźce zewnętrzne - ani niewiarygodny widok rozpościerający się za oknem, ani upiorny wrzask dławiącego się parówką dziecka.




Kiedy dzieci opuszczają pole bitwy i chaotycznie rozpraszają się po sali siejąc postrach i zniszczenie, matka nerwowo chlipie zimną już kawę i cedzi przez zęby, że trzeba po dzieciach dojeść, bo nie wypada przecież wyrzucić. Zdanie to działa na tatusia jak pocałunek na Śpiącą Królewnę. 
 
„Dojadanie” to sprawa niezwykłej wagi, stwarza bowiem unikalną możliwość spożycia czegoś, czego żaden szanujący się samiec alfa własnoręcznie na swój talerz nie włoży. Tatuś może się zatem bezkarnie raczyć czekoladowymi płatkami śniadaniowymi w kształcie muszelek, nadgryzionymi kanapkami z nutellą i niebieskimi lodami. Robi to oczywiście z miną męczennika i nieznacznie poklepując się po wydętym brzuchu.

 
Oczywiście to on opuszcza plac bitwy jako ostatni - matka zostaje zaciągnięta do basenu lub bije właśnie kolejny rekord w biegu do toalety z wijącym się dzieciakiem na plecach.



Co jak co, ale wypoczywać mężczyźni potrafią. Robią to z całego serca i ze wszystkich sił. Swoich i żony.
 
 

6 komentarzy:

  1. "Potomek magicznie zakrzywiając prawa fizyki, wylewa kakao na obrus, buty matki i swoje plecy. "

    Potwierdzam taką sytuację.

    OdpowiedzUsuń
  2. Taki ojciec długo trenuje w domu, zanim wybierze się na podbój światowych stołów szwedzkich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemalże moja sytuacja z dzisiaj...tyle że nie all inclusive a zwykły wypad za miasto. Po kwadransie miałam dość wycieczki....

      Usuń
  3. Dodałabym do tego jeszcze: a w czasie między posiłkami tatuś leży na leżaku, przy basenie albo nad morzem i popija super drinka z palemką, a mama w tym czasie zabawia swą trzódkę...

    OdpowiedzUsuń
  4. Znam jednak też inny wizerunek rodziny i tatusiów, gdzie oboje rodziców zajmuje się dziećmi, wspólnie ich pilnując, zabawiając, karmiąc itd. Pocieszające jest też to, że wcale nie jest to rzadkością :)

    OdpowiedzUsuń
  5. znam, widziałam i codziennie dziękuję Bogu, że mi się taki nie trafił! ale czy nie ma w tym trochę naszej winy? czy to taki problem powiedzieć ojcu, żeby zajął się dzieckiem, gdy my będziemy wybierać śniadanie dla siebie? dziecko wychowuje się wspólnie i należy tego pilnować od urodzenia, jak będziemy takie "zosie samosie", bo przecież ja się dzieckiem zajmę lepiej, przewinę szybciej to logiczne, że facet odpuści, bo tak mu łatwiej i wygodniej, a w dodatku żonie na rękę ��

    OdpowiedzUsuń