Ekskluzywnie znaczy lepiej?


Zawsze byłam ciekawa, czy jedzenie w ekskluzywnych, modnych restauracjach jest rzeczywiście warte swojej ceny. Nigdy jednak nie miałam okazji, żeby się o tym przekonać. 

Teraz już wiem. Jakiś czas temu, świętując duży zawodowy sukces, miałam okazję zjeść kolację w Warszawie Wschodniej


Z góry przepraszam za jakość zdjęć - czynione plebejskim telefonem i wrzucone naprędce na Instagram.


Zaczynamy. Mordy uśmiechnięte, kubki smakowe drżą z niecierpliwości.    

Sommelier rozpoczyna konwersację nieco "z partyzanta". Nie przedstawia się, nie zagaduje choćby zdawkowo o pogodzie, zero pro-konsumenckiego flirtu.  W zasadzie przyszło mi na myśl, że to mało profesjonalne tak wybierać wino zanim wybierzemy jedzenie. Przecież powinno pasować... 


Selfie musi być.


No nic. Bierzemy dwa różne trunki.  Wino wycenione na prawie 100 zł po konfrontacji z internetem okazuje się być warte... 8 dolców. Cóż, wstyd się nawet na fejsie pochwalić.

A potem nastąpił kelnerski armageddon. Nie rozumiem, dlaczego w Warszawie Wschodniej pod pojęciem "dobry serwis" rozumie się ustawiczne nękanie klienta. 

Statystyczny kelner ze Wschodniej to skrzyżowanie świadka Jehowy z nadpobudliwym dwulatkiem. "Czy już? A może jednak? Już się zdecydowaliście? Jesteście gotowi? Mogę przyjąć zamówienie? Czy już? Czy teraz? A dlaczego? A kiedy?!"

Aaaaa!

Po kilkunastu minutach naprzemiennego nękania, człowiek zaczyna wykazywać typowe objawy manii prześladowczej. Nerwowo rozglądamy się na boki, konspiracyjnie szepczemy między sobą, snujemy paranoiczne domysły. Czy wyglądamy za biednie? Boją się, że wypijemy jabola i zwiejemy? Ktoś im kazał tak wokół klientów skakać? Wizytacja właściciela? Sanepidu?

Nie ma nawet kiedy porządnie toastu wznieść i łzawą zapodać przemowę...  



Kiedy dotarło do nas, że kelnerzy mają już dwukrotną przewagę liczebną, zaczęliśmy sypać. W sensie - zamawiać...

I tu kolejne zaskoczenie - NIC, zaprawdę powiadam Wam: NIC nas w menu nie porwało. Byłam pewna, że nie będę mogła się zdecydować, że czytając kolejne pozycje menu doznam męki nadmiaru cudowności, a tymczasem... nic. I bynajmniej nie dlatego, że mój plebejski rozum nie ogarnia finezji gastronomicznego nazewnictwa, czy arkanów języka francuskiego. Po prostu, że tak się górnolotnie wyrażę: nihili novi. 


Umówiliśmy się, że będziemy zamawiać różne dania, żeby mieć możliwość spróbowania różnych rzeczy. Na pierwszy ogień poszły przystawki:



Befsztyk tatarski z polędwicy wołowej (39 zł)
Bliny z łososiem (26 zł)
Ślimaki po burgundzku (29 zł)
Sałatka z avocado (28 zł)


Ja wybrałam sałatkę z avocado - ilość, jak na przystawkę, dość przyzwoita, ale sama sałatka... mdła i bez pomysłu. Finezja ułożenia potrawy na talerzu zupełnie mnie przerosła... Nie jestem fanatykiem układania ogórków w piramidki i dziergania różyczek z szynki, ale... na litość! Motylek/ptak (niepotrzebne skreślić) zrobiłby pewnie furorę w przedszkolnej stołówce, ale w takim miejscu?!




Sałatka z avocado

Przeżyłam tam również, namawiana usilnie przez współtowarzyszy i kelnera, swój pierwszy raz ze ślimakami. Niewątpliwy talent kucharzy sprawił, że nadal nie wiem jak smakują ślimaki. Mięczak został bowiem tak zmasakrowany czosnkiem, masłem, serem i pietruszką, że smakował jak klusek al-dente z wyżej wymienionymi składnikami. Za jedyne 29 złotyszy.

Co do pozostałych przystawek, powołam się na opinię koleżanek.  

Tatar: dobry, doprawiony, ale bez szału. Wschodnia słynie z tatara, więc nie wypadało tego nie spróbować. Mimo wszystko - zawód, bo po miejskich legendach wnosząc, człowiek spodziewał się delicjozy, a dostał poprawnie zrobiony tatar za 2x większe pieniądze. 

Bliny z łososiem: bardzo podstawowe i  przewidywalne. Suche kluchy, trochę kwaśnej śmietany i kulki kawioru – banał. 


Podejście numer dwa: starcie z daniem głównym.  Kolejna rundka kelnerskiego nękania co 15 sekund i nareszcie mamy zwycięzców:


Stek z antrykotu, sezonowany (76 zł)
Medaliony z cielęciny z kurkami (ok.70 zł)
Dorada z grilla (68 zł)
 



Zamówione potrawy przyniesiono po 12 minutach - niezły wynik, zwłaszcza, że w tym czasie w restauracji były już tłumy. Ogromne wrażenie zrobił na mnie sposób podania - wszystko wjechało na stół w żeliwnych, snobistycznych naczyniach Chasseur.




Tym razem byliśmy bardzo zadowoleni z wyboru. Cielęcina z kurkami, podana z kluseczkami lanymi i doskonale doprawioną sałatką z pomidorów, była przepyszna. Można by przyczepić się tylko do mięsa - jak na cielęcinę było wyjątkowo tłuste. Stek i dorada też nam smakowały, ale trzeba uczciwie przyznać, że ceny są mocno zawyżone jak na typowe, powszechnie dostępne składniki.




Medaliony z cielęciny z kurkami


Na deser wjechały:


Tort czekoladowy Gessler (28 zł)
Beza truskawkowa (22 zł)
Deser lodowy (ponad 20 zł)



Zbyt wielkie nadzieje pokładałam w firmowym torcie czekoladowym Gessler... Nie wiem, czego się dokładnie spodziewałam. Może porażenia kubków smakowych i wizji jednorożców na tęczy? Jednorożców nie było - był bardzo pyszny, pralinowaty, rozpływający się w ustach tort. Aż tyle i tylko tyle, bo z pewnością nie był objawieniem. Podobne cuda można nabyć w Starbuniu, a nawet w... McCafé. 

Beza truskawkowa okazała się najlepszym deserowym wyborem. Była ogromna i dosłownie rozpływała się w ustach. Lody, robione domowym sposobem, również nie zawiodły. Z resztą - na etapie deserowym byliśmy już tak solidnie objedzeni, że nasze zdolności wyczuwania i nazywania subtelnych kulinarnych doznań drastycznie się zmniejszyły...






Tort czekoladowy Gessler





Odpowiadając na pytanie postawione w tytule: "czy ekskluzywnie znaczy lepiej?", odpowiadam bez namysłu: NIE OZNACZA. 


I owszem, miejsce jest ładne. Loftowe wnętrze, otwarta kuchnia i muzyka na żywo robią wrażenie, ale mimo nieprzeciętnego objedzenia, zostajesz z uczuciem niedosytu. Bo do restauracji, zwłaszcza tego formatu,  idzie się przede wszystkim na wyśmienite jedzenie. A tego we Wschodniej zabrakło. Było tylko DOBRE. 


Aura ekskluzywnego miejsca sprawia, że masz ekskluzywne oczekiwania, które w zderzeniu z rzeczywistością pozostawiają po sobie żenujące poczucie... bycia oszukanym. Zwłaszcza po uiszczeniu kwoty czterocyfrowej.


Warszawa Wschodnia to idealny przykład tego, co może zdziałać dobry marketing.




P.S. Okazuje się, że nie tylko nam się wydaje, że Warszawa Wschodnia nie zasługuje na miano kulinarnego fenomenu. Bardzo szczegółową recenzję przeczytacie tutaj.
  




źródło zdjęcia: www.gushmag.it

5 komentarzy:

  1. Mam nieskromne wrażenie, że ja podałabym Ci lepszy tort czekoladowy :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam tam kilka razy, ale mam trochę inne zdanie. W trakcie lunchu kelnerzy są meeeega nieogarnięci. Mylą dania, zapominają o wodzie itp. Natomiast wieczorami nie odczułam takiego nękania. Plus za nich za przygotowywanie dań wegetariańskich, których nie ma w karcie, ale akurat mają składniki, więc proponują, że mogą zrobić. Jedzenie dobre, ale bez szału. Czasem bardzo dobre, czasem poprawne. Naprzeciwko była kiedyś knajpka Gemo, do której nikt nie chodził (albo była jakąś pralnią pieniędzy czy czymś), w każdym razie mieli tam 100 razy lepsze jedzenie. Ale zbankrutowali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutne. Taste Away polecił mi za to "Ale Wino". Musze się tam wybrać ;)

      Usuń
  3. zaczynając czytać posta już miałam na myśli Natalię i zastanawiałam się czy będziesz bardziej zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń