Nie będę odrabiać lekcji !



Nie zamierzam dręczyć swojego dziecka szlaczkami, skręcać różyczek z krepiny i przeliczać cukierków, co to zostały Ani po spotkaniu z Basią. To nie moja robota.

Jeśli ja muszę to robić, to mam prawo przypuszczać, że ktoś źle wykonuje swoją pracę. Albo nie wykonał jej w ogóle.

 
Komunizm zostawił głębokie blizny w naszym podejściu do wielu spraw. O lekarzach, kościele, nauczycielach, strażakach, generalnie - o wszystkich służbach publicznych, rozmawiamy podszyci podświadomym lękiem. Bo wiadomo, że jak trwoga, to i tak do nich pobiegniemy. Zapominając wszystkie urazy... 

Każde krytyczne słowo wywołuje duże kontrowersje i błyskawicznie dzieli społeczeństwo na kilka skrajnie różnych obozów. Ktoś zaraz podważy Twoje kompetencje lub doświadczenie, oskarży o płytki subiektywizm. 

Ale czasem warto wziąć przykład z dzieci - zapomnieć o społecznych konwenansach i po prostu powiedzieć, co się widzi. 


Co widzę?


Widzę setki tysięcy, jak nie miliony rodziców, którzy dzień w dzień, a raczej noc w noc odrabiają lekcje ze swoimi dziećmi. 


Widzę małe, zmęczone rączki, które zamiast bawić się lalkami, godzinami rysują szlaczki. Widzę wykończone 10-godzinnym dniem pracy matki, które zdyszane wbiegają do szkolnej świetlicy. Ich dzieci wcale nie cieszą się na ich widok - wiedzą, że czeka ich w domu maraton z ułamkami. Słyszę krzyk frustracji w wielu domach, słyszę płacz dzieci i bezsilnych rodziców.


Coś jest nie tak.

Jako rodzic dziecka, które w przyszłym roku rozpocznie edukację w szkole podstawowej, jestem przerażona zjawiskiem. I nie zamierzam milczeć.


Nie dopisujmy do tego ideologii. Nie tłumaczmy wszystkiego hasłem: "Tak zawsze było. Ja tak żyłem i jakoś żyję".


Coś musi się w końcu zmienić. 



Może czas na reformę myślenia o nauczaniu, a nie kolejną reformę szkolnictwa?





3 luźne wnioski:




1. 
Nie wmawiajcie nam, że 8 godzin w szkole nie wystarczy



Większość dzieci przebywa w szkole 8-10 godzin (licząc czas spędzony na świetlicy). To mnóstwo czasu. Żaden człowiek na świecie nie jest w stanie więcej pracować. A nie zapominajmy, że szkoła to de facto praca dla naszych dzieci, ciężki umysłowy wysiłek nie zawsze zwieńczony satysfakcjonującymi wynikami. 

Poziom obecnych wymagań edukacyjnych jest znacznie niższy niż za moich czasów. Więc jakim cudem nauczycielom nie udaje się zrealizować wszystkiego W TRAKCIE ZAJĘĆ? 




Dlaczego to my, rodzice, jesteśmy zmuszani do realizowania minimum programowego w domowym zaciszu? Czy wszyscy uprawiamy obowiązkowy homeschooling?





Ponieważ sama byłam nauczycielem, wiem że istnieje co najmniej kilka powodów dla których szkoła nie jest miejscem, gdzie zachodzą jakiekolwiek procesy edukacyjne - poczynając od problemów logistycznych (przeludnione klasy), a skończywszy na społecznych ("trudni" uczniowie) czy zwyczajnej niekompetencji nauczyciela. Jeśli w szkole Twojego dziecka nagminnie zdarza się, że nauczyciel zleca wykonanie wszystkich zadań w domu, pora przeprowadzić dochodzenie. 



Nigdy nie działaj sam. 
Świat roi się od tchórzliwych mamusiek i tatusiów, którzy prędzej umrą z przemęczenia niż podważą skuteczność edukacyjną szkoły. Zjedzą Cię żywcem. Dlatego potrzebujesz wsparcia.



Popytaj, jak wygląda sytuacja w innych domach. Jeśli okaże się, że macie podobne wnioski, można zacząć działać.


Europejska Karta Praw i Obowiązków Rodziców


Rodzice mają prawo wpływać na politykę oświatową realizowaną w szkołach ich dzieci. Rodzice mają obowiązek osobiście włączać się w życie szkół ich dzieci i stanowić istotną część społeczności lokalnej

Rodzice i ich stowarzyszenia mają prawo wydawania opinii i przeprowadzania konsultacji z władzami odpowiedzialnymi za edukację na wszystkich poziomach ich struktur. Rodzice mają obowiązek tworzyć demokratyczne, reprezentatywne organizacje na wszystkich poziomach. Organizacje te będą reprezentowały rodziców i ich interesy.

Rodzice mają prawo żądać od odpowiedzialnych władz publicznych wysokiej jakości usługi edukacyjnej. Rodzice mają obowiązek poznać siebie nawzajem, współpracować ze sobą i doskonalić swoje umiejętności "pierwszych nauczycieli" i partnerów w kontakcie: szkoła-dom.


 

Pamiętaj - zawsze zaczynaj "od dołu", nikt nie lubi jak się na niego donosi przełożonym. Najpierw rozmawiajcie z nauczycielem - jeśli będzie oporny, bezsilny lub agresywny - idź do wychowawcy i dyrektora. 


Nigdy, przenigdy nie przyjmujmy pokornie zastanej rzeczywistości. Szkoła to nie wypadek losowy z którym musimy się pogodzić.  






2.
Edukacja nie ogranicza się do szkoły



Zapomniała o tym znakomita większość wykwalifikowanych pedagogów. Nauka nie kończy się za szkolnymi drzwiami, a umiejętność  rozwiązywania całek zazwyczaj w ogóle nie przydaje się w życiu. 

Dziecko powinno rozwijać się również społecznie, potrzebuje zwyczajnej, czasem bezmyślnej zabawy żeby się zresetować. Życie współczesnych maluchów jest bardzo trudne. Spędzają całe dnie w przedszkolach i szkołach, a powrót do domu nie przynosi wymarzonego wypoczynku - to kolejne godziny edukacyjnej udręki. Nie ma czasu na spokojną, rodzinną kolację czy przytulenie do mamy. Nie ma czasu na obserwację wędrujących po lesie mrówek czy niekończące się dyskusje z przyjacielem.

Dom powinien uczyć innych rzeczy niż szkoła. Ograniczając codzienną aktywność dziecka do klasycznej edukacji, znacznie upośledzamy jego rozwój.










3.
Nauczanie nie jest już służbą publiczną. 
To po prostu PRACA.


Od co najmniej kilkudziesięciu lat nikt tego nie robi za wikt, opierunek i mieszkanko w szkolnym budynku. Nie słyszałam nawet, żeby jakiś nauczyciel przemierzał zasypane śniegiem przełęcze, aby dostać się do drewnianej, wiejskiej szkółki. 

To praca jak każda inna. Wymagająca oczywiście ściśle określonych kwalifikacji, talentów, a nawet cech charakteru... tak jak wszystkie inne zawody. 



Gdybym wykonywała swoją pracę tak, jak robi to statystyczny polski nauczyciel, dostałabym zwolnienie dyscyplinarne już po tygodniu. 





Uważam, że jako podatnik mam prawo wymagać, by wykonywana przez nauczyciela praca była wykonana na najwyższym możliwym poziomie. Żeby w ogóle była wykonana. 


Nie życzę sobie delegowania mi cudzych obowiązków. 


To nie oznacza, że jestem przeciwnikiem prac domowych jako takich. W domu powinno się wykonywać zadania i prowadzić projekty niemożliwe do zrealizowania w warunkach szkolnych. I oczywiście powtarzać materiał - nie zapoznawać, powtarzać!

 

Sprawa jest prosta - chcesz być nauczycielem, rób to dobrze. 
Da się, sprawdzałam.

 







PS. Jeśli temat jest Wam bliski, zapraszam do grupy wsparcia na Facebooku. Żywcem nas nie wezmą! :)




 

12 komentarzy:

  1. W pewnym sensie się zgadzam, ale jednak zeszła bym trochę z nauczycieli. Moim zdaniem też praca domowa jest bez sensu (no ale moim zdaniem ogólnie szkolnictwo w obecnej formie jest bez sensu i powoduje frustrację zarówno po stronie uczniów, rodziców jak i nauczycieli), ale często rodzice też wymagają, żeby ta praca domowa była.
    Bo jednak mimo wszystko ciągle większa część społeczeństwa postrzega naukę jako przykry obowiązek, im trudniejszy i bardziej uciążliwy, tym lepiej. Więc myślę, że jest tak jak mówisz, potrzebujemy reformy myślenia o szkole. Ale nie tylko nauczyciele, bo i rodzice również.
    A jeśli chodzi o to, że te 8 godzin to za mało, to bywa różnie Są dzieci dla których to za mało, żeby zrobić wszystkie zaplanowane ćwiczenia. A w klasie pierwszej, dzieci nie spędzają 8 godzin na lekcjach. Można do tego często doliczyć świetlicę, ale z tego co obserwuję, to młodsze dzieci wolą czas na świetlicy przeznaczyć na zabawę z kolegami, niż na odrabianie lekcji. Poza tym, w pierwszej klasie i tak najwięcej czasu, moim zdaniem poświęca się na naukę tego, jak dzieci powinny się zachowywać w szkole, a na naukę przedmiotu zostaje wcale nie tak dużo czasu.
    No ale tu znowu wracamy do samego sensu nauki rzeczy, które dzieci często jeszcze nie interesują, i ogólnie do sensu szkoły w obecnym wymiarze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie odrabiam lekcji. A już na pewno nie codziennie. Czasem, jak Misiek ma z czymś problemy to siadamy i mu tłumaczymy - ja albo mąż. Nie zadają mu wiele - jedno, dwa zadania, a ja myślę, że to bardzo dobrze, żeby się przyzwyczaił, że praca domowa to nie coś, co bywa, tylko coś, co jest, ma stałe miejsce w rozkładzie dnia. Nauka na lekcji nie zastąpi własnych "rozmyślań nad problemem". Nie jestem nauczycielką, ale uczyłam - i się, i kogoś i wiem, że wszystko wydaje się łatwe i oczywiste kiedy mówi nauczyciel a przestaje być takim, kiedy uczeń zostaje z problemem sam. Wtedy dopiero następuje najważniejsza według mnie część procesu edukacji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje dzieciaki - 3. i 5. klasa nie odrabiają lekcji całymi dniami, ani tym bardziej nocami. I podpisuję się pod słowami Mamy z Sosnowej.

    OdpowiedzUsuń
  4. eM na odrabianiu lekcji spędza około 15-45 minut dziennie. Bywa to męczące, ale z drugiej strony - uważam, że i w domu warto utrwalić materiał :)

    P.S. Jest jednak różnica między zwykłym odrabianiem lekcji, a ślęczeniem godzinami nad jakimś wymyślnym zadaniem, o którym wiadomo, że dziecko za chiny samo tego nie ogarnie. Do dziś pamiętam jak byłam małą dziewczynkę i cała rodzina siedziała ze mną nad kartonową szopką bożonarodzeniową na lekcje religii... :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Prace domowe są potrzebne, bo rozwijają i zmuszają do samodzielnego myślenia. Rodzice nie powinni odrabiać ich z dzieckiem, ewentualnie sprawdzić lub podpowiedzieć jak się za coś zabrać. Jeśli dziecko ma problem z pracą domową, to powinno to zgłosić nauczycielowi. Tego powinniśmy uczyć dzieci, a nie karcić ich za to, że czegoś nie umieją. A potem są problemy (np. u mnie na studiach), że ktoś nie odezwie się, bo się wstydzi, że nie umie. W nauce bardzo ważna jest praca własna i skontrolowanie co się umie i rozumie, a czego jeszcze nie. Dlatego prace domowe są świetnym rozwiązaniem, dopóki są dobrze przemyślane i mądre. Prędzej niż z zadaniami domowymi powinno się walczyć z ciężkimi plecakami. Obowiązkowe szafki dla pierwszaków nic nie pomogły, dzieci zostawiają tam co najwyżej kurtki i kredki, podręczniki i tak targają dzień w dzień do domu. Dlaczego wersja podręcznika z wyrywanymi kartkami (miałam taki w klasach 1-3) nie przetrwała do dzisiaj? Po co dzieci mają nosić całe 100 stron, skoro używają tylko 2-3? Po co mają nosić kredki, farby, papiery kolorowe? To powinno być na stałe w klasie! Szkoda mi patrzeć na te zgarbione pierwszaki, których plecaki są większe od nich samych. Szłam do podstawówki 14 lat temu, to przerażające, że do tej pory nikt nie potrafi rozwiązać tego problemu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Właśnie! My pracujemy przeciętnie 8h. Po kilku godzinach pracy mamy dość. Dzieci pracują w szkole 5-6h. Ich praca odbywa się niekoniecznie w sprzyjających warunkach - hałas, stres, często niesprzyjające warunki społeczne. A potem w domu bywa, że odrabiają lekcje 3-4h. Daje to więcej niż 8h. Nie mają czasu odpocząć po swojej pracy. Często dodatkowe zajęcia zwiększają ten bilans.
    Czyli dzieci pracują dłużej niż my dorośli.
    W naukowych badaniach stwierdzono, że dorosły człowiek widzi sens swojej pracy i jest w stanie się do niej motywować, gdy pracuje maksymalnie 7h dziennie.
    Jak możemy w takim razie zmuszać dzieci do pracy dłuższej niż sami pracujemy. Widzicie jakąś logikę? Ja nie.
    Nie dziwię się, że nasze dzieci na myśl o szkole dostają ataku bólu brzucha, wymiotów i innych tp. reakcji.
    Na miejscu dziecka sama bym też tak reagowała.
    Zwłaszcza, że na każdym kroku dziecko jest w niej oceniane. Każde potknięcie wytknięte, a sukcesy są raczej przemilczane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się. Dorośli zabiegają o to, aby czas "po pracy" był czasem wolnym a sami z taka łatwością (nawet w imię szczytnych ideałów) odmawiają tego Dzieciom, których wytrzymałość psychofizyczna jest znacznie mniejsza a próg tolerancji na bodźce zewnętrzne i wewnętrzne dużo niższy.
      Poza tym istnieje jeszcze jedna ważna przyczyna dla której Dzieci nie powinny odrabiać lekcji w domu: przenoszenie obowiązków ze sfery szkolnej do sfery życia rodzinnego: co zaburza tworzenie poprawnych, wzajemnych relacji (brak czasu na wzajemne zabawy, sport, odpoczynek) oraz jest często źródłem frustracji i stresu. Szkoła staje się wtedy podstawowym tematem wzajemnych rozmów, a ze względu na swą niewydolność, często i nieporozumień. Tak tworzy się spirala wzajemnych oddziaływań, która niszczy nasze relacje.
      Anna, nauczycielka nauczania początkowego oraz przedszkolnego.

      Usuń
    2. Tak, ja też zgadzam się. Tematem rozmów z rodzicami powinny być wyłącznie przyjemne sprawy, np. niezwykłe wakacje, formy spełniania marzeń, wymyślanie nowych zachcianek, gry komputerowe itp. Żadnych dyskusji o szkole i innych problemach. Po co psuć sobie wzajemne relacje jakimiś nieprzyjemnymi sprawami. Zdrowa rodzina to taka, w której nic nie mąci spokoju. Uśmiechu na co dzień i harmonijnego współistnienia z bliskimi uczą nas nieustannie reklamy. Tak myślącym rodzicom i nauczycielom radzę już dla podopiecznych zamawiać termin w poradni psychologicznej (co najmniej).

      Usuń
  7. W zeszłym tygodniu pracowałam 44h w tym 3h na weekend. Poprzedni nie był lepszy. Nie mam przerw, pracuję bardzo intensywnie, od momentu wejścia do pracy jestem w ciągłym biegu, zajmuję się milionem rzeczy na raz. Z toalety wolno mi skorzystać dopiero po 5h pracy, jem na stojąco, kawę piję w biegu. Moje własne dzieci wychowuje przedszkole i babcia. Po pracy jestem tak wykonczona, że ciężko jest mi się skupić na tym co one do mnie mówią. Cierpię na bruksism, bezsenność, nerwicę żołądka. Ale zakładam, że jako niedouczony, ograniczony, leniwy nauczyciel sama wymyślam sobie przeładowany program, trylion dokumentów do wypełnienia, bezsensowne przepisy, wyścig szczurów w postaci diagnoz, egzaminów.
    Łatwiej uderzyć w jednostkę, niż walczyć z systemem.

    OdpowiedzUsuń
  8. Sytuacja wszystkich Osób zaangażowanych w system edukacji wynika z jego wad oraz błędnych założeń. Nauka postrzegana jako prymitywne zapamiętywanie informacji, wyniki postrzegane jako ocena stopnia przyswojenia wiedzy, stopnie awansu zawodowego, itp. itp.
    Zacznijmy od tego, że model edukacji, na którym się opieramy, powstał w Prusach w celu szkolenia pracowników zawodowych i stoi w sprzeczności z osiągnięciami psychologii rozwojowej. Stosowane w nim metody pracy często nie biorą pod uwagę możliwości psychofizycznych Dzieci prowadząc do frustracji zarówno Wychowanków, jak i Ich Rodziny oraz Nauczycieli. Kwestia zadań domowych jest jedną z wielu pilnych spraw wymagających rewizji. Nie bierzemy pod uwagę faktu, że Dziecko może nie posiadać kompetencji np. do dłuższej pracy "przy stoliku", do dłuższej pracy odciążającej nadgarstek (przypadki przesilenia tego stawu są naprawdę częste), że potrzebuje ruchu do prawidłowego rozwoju psychicznego oraz emocjonalnego, że potrzebuje pracy nad kompetencjami społecznymi oraz inteligencja emocjonalną, itp. (mogłabym wymieniać bez końca). Z doświadczenia jednak wiem jak dużo zależy od nauczyciela oraz podstawowej kompetencji, którą winien posiadać: pozytywnego stosunku do Dzieci generującego życzliwość, zaufanie i sympatię; pytam zawsze nauczycieli: czy lubisz przebywać z Dziećmi, czy to Cię nie męczy. Brzmi banalnie, lecz proszę mi wierzyć: stanowi to podstawę w pracy edukacyjnej.
    Na dzień dzisiejszy jedyną sensowną alternatywą jest dla mnie edukacja Montessori wraz z podstawowym hasłem/założeniem: "Pomóż mi zrobić to samemu." Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Witam,

    Moi rodzice nigdy nie odrabiali ze mną lekcji. Mój ojciec nie był nawet pewny kiedy dokładnie zdaję maturę :). Oceny miałam różne i doskonale wiem, że nie są one żadnym odzwierciedleniem wiedzy. Na koniec szkoły miałam 6 z Geografii, z której byłam beznadziejna i jedyne co wiedziałam to, że stolicą Hondurasu jest Tegucigalpa, za to z matematyki miałam ledwo 3, choć dobrze ten przedmiot znałam. Najśmieszniejsze jest to, że potrafiłam z matematyki rozwiązać praktycznie każde zadanie na tablicy, ale kompletnie nie znałam teorii, ponieważ uważałam, że uczenie się jej na pamięć jest kompletnie bez sensu. Za to dostawałam wiecznie kiepskie oceny.
    Patrząc z perspektywy czasu cieszę się, że takich miałam rodziców. Widziałam wiele "grzecznych" dziewczynek z samymi piątkami, które w liceum nagle doznawały szoku, bo trzeba "myśleć samodzielnie", a mamusia już nie ma "kompetencji", żeby im pomóc.
    Osobiście uważam, że szkoła jest od uczenia, a ja- od wychowywania. Moje dziecko cierpi z tego powodu strasznie, ponieważ mój punkt widzenia jest kompletnie nie zrozumiany i podczas gdy ona musi wszystko robić samodzielnie, inne dzieci otrzymują dużą pomoc ze strony swoich rodziców. Bardzo trudno jest mi wytłumaczyć jej, dlaczego ona dostaje za coś 3 lub 4, a koleżanka obok 5 lub 6, bo mamusia jej pomogła. Wiem, że gdyby ta "koleżanka" zrobiła to zadanie samodzielnie to pewnie jej oceny wyglądałyby inaczej, ale nie ma jak tego udowodnić. Pocieszam się, że w przyszłości to moja metoda "zaprocentuje". Przy okazji przypomina mi się tekst znajomej o odrabianiu z córką - średnia ocen 5.0- lekcji "Wiesz, i zadali nam fraszkę. Pół nocy wertowałam jakieś tomiszcza, żeby coś wymyślić. I tak okazało się rano, że połowa dzieci miała napisane zwykłe wiersze, bo rodzicom się pomyliło". I tym optymistycznym akcentem można zakończyć dywagacje o wspólnym odrabianiu lekcji.

    OdpowiedzUsuń
  10. A może to też trochę wina rodziców? Tak - nauczyciele często się nie wyrabiają z przeładowanym programem, kiedyś rzeczywiście prac domowych było mniej i zgodzę się, że wymagania też są niższe... ALE dzieci są teraz zupełnie inne, większość nie ma zupełnie szacunku do osób dorosłych, nauczyciel nie ma jednego 'trudnego' ucznia jak bywało kiedyś. Porównując - to teraz ma 3 "dobrze wychowanych", 5 "normalnych", 10 "trudnych" i 7 przypadków "tragicznych". Kiedyś normalne było, że na lekcji się nie rozmawia, nie je, nie biega, nie bije z kolegami, nie obraża innych, w tym nauczycieli. Pewnie, zdarzało się, ale sporadycznie. Teraz takie zachowania są normą. Ale niestety duża część rodziców wychowuje roszczeniowe społeczeństwo, więc jakoś to musi do nich wrócić ;)

    OdpowiedzUsuń