Wygrałam





Jesteś. Więc kiedyś wygrałeś wyścig. Ironia genetyki - nieforemny nos, wada wzroku, tendencja do tycia i wybuchowy temperament. Nie my wytypowaliśmy te cyfry. To komponent, którym paradoksalnie wygrywamy życie. Takie lub inne.




Wielka kumulacja. Wystarczy tylko 6 cyfr i wygrywasz miliony. I miliony wierzą, że to proste, że prawdopodobne. Choć zwykle noszą w sobie piętno przegranych w wielkiej loterii życia.



Przegrali już na wstępie, zanim mogli sami za siebie podejmować decyzje. Urodzeni nie w swojej epoce, nie w tej rodzinie, nie w tym mieście. Wychowani przez ludzi, którym normalnie nie podaliby ręki. 

Żałośnie pnący się po szczeblach kariery, by tylko przeżyć, uciszyć wycie instynktu samozachowawczego, zarobić na byle jaką egzystencje, ot - być sobie, nie głodować i spać w ciepłym miejscu.





Co sprawia, że mimo wszystko, mimo że niebo nad nami to wciąż nie ten wymarzony gwiazdozbiór, a miłość okazała się atrapą, wciąż wierzymy że dając życie komuś innemu, poprawnie wytypujemy cyfry? 





Wierzymy, że Jemu się uda, Ona będzie nareszcie piękna, oni zwiedzą świat.



Że ja będę Go kochać, że będę Ją lubić. Że zachód słońca, spacery za rączkę, gonitwy na plaży, bitwy na poduszki. 

Jak słodko!





A potem trzymamy w ramionach pomarszczone, sine niemowlę i zawala nam się świat. Bo nie czujemy nic, a mieliśmy pękać z dumy, promieniować szczęściem. Mieliśmy kochać.





Ale o tym nie powiedzą nam matki, nie przeczytamy o tym w poradnikach. Nie podnoś ręki na instytucję rodziny, topos macierzyństwa! Topos ociekającego oliwką bobasa i wniebowziętej mamusi bez trudu karmiącej piersią. 



Zaciśnij zęby, to minie. I powtarzasz sobie tę mantrę przez lata, a jedyne co mija, to Twoje życie.






Twoje dziecko rośnie, pękają kolejne nici łączące Cię z tym obcym całkiem człowiekiem. Ale nie są to nici przywiązania, tylko prostej, pierwotnej zależności.

 
Karmisz, ubierasz, pilnujesz. Bo umrze z głodu, rozchoruje się, spadnie i się zabije, ktoś porwie. Typowy dzień właściciela jamnika.



A Ty hodujesz w domu człowieka, ale nie masz już siły pytać sama siebie, czy on coś czuje, czy coś znaczy - dla Ciebie i świata.







Geny rykoszetują w nieznanych płaszczyznach przeszłości. Ten człowiek nosi w sobie połowę Twoich genów, ale patrząc na niego widzisz tylko znienawidzoną teściową. Szybko staje się jasne - nie będzie modelką, nie będzie piłkarzem, nie dostanie Nobla. Będzie miał szczęście, jeśli w ogóle będzie. Bo chorowite to, depresyjne.





Zdecydowałaś i oto bije w Tobie drugie serce. Nigdy nie było i nigdy nie będzie Twoje. 



Bije dla własnych marzeń, zalewane nurtem gorącej lub zimnej krwi. Nie Ty formowałaś te maleńkie stopki, nie Ty nadasz kierunek ich krokom. Nie Twoja myśl projektowała te dłonie, nie Ty nakażesz im dźwigać miecz, pióro lub berło. Nie Twoje słowo dało oddech tym ustom, nie Ty będziesz wiatrem w te żagle. 


Człowiek taki jak ja, inny niż ja.







Jestem tylko bezpieczną przystanią. Spokojną rzeką, która poprowadzi go na wzburzone fale nieznanych mi mórz, na bezkresne lądy, poza mój horyzont.






Kocham Cię, choć jesteś ze mną tylko na chwilę. 

Kocham Cię tak, jak kocha się śnieg na rzęsach, szron na uśpionych drzewach, kwitnące kwiaty wiśni. I z dumą patrzę, jak rosną Ci skrzydła.




Wygrałam.


0 komentarze: